Testament Molnara

02.04.2012 21:26:47 Zamiejscowy 6 5273

2 kwietna mija sześćdziesiąta rocznica śmierci węgierskiego pisarza Ferenca Molnara. Wydaje się, że jest to dobry moment, aby wskazać związki tego autora z Limanową.

Wpatruje się w zapiski korespondenta wojennego Ferenca Molnara na kartach książki „Galicja 1914 – 1915” która końcem ubiegłego roku ukazała się nakładem Wydawnictwa MOST. Odszukuję fragmentów dotyczących pobytu autora w Limanowej i mam wrażenie, że z kart książki wybrzmiewa jakieś ponadczasowe przesłanie dla nas Limanowian. Nie jest to sucha relacja, lecz miejscami poetycki opis rzeczy tragicznych połączony z głęboką refleksją człowieka nie pasującego do wojny. Są to fragmenty, które powinny wpisywać się w historię naszego miasta, wpisywać się w codzienność życia naszych szkół opowiadających uczniom o przeszłości miasta, decyzje urzędników dbających o promocję Limanowej i regionu. Ta książka to również wspaniałe fakty historyczne ukazujące prawdę o bitwie limanowskiej. Ale o faktach historycznych nie dziś. Zdecydowanie nie dziś.

            Molnar po raz pierwszy  przejeżdżał koleją przez Limanową już w listopadzie 1914 jadąc w kierunku frontu na wschód, gdzie odwiedził między innymi Stary Sącz. W kilka dni późnie tą samą drogą wracał już odwołany, jak mniemano w bardziej interesujący obszar wojenny tj. na front serbski. Jak zaznacza: „wówczas nikt nie zwrócił na nią uwagi (tj. tabliczkę z napisem: „Limanowa” przyp. autora tekstu) bo była po prostu nazwą stacji, jak sąsiednia Mordarka, Marcinkowice, czy Tymbark…” Ale w grudniu sytuacja radykalnie się zmieniła. Autor pisze: (…) na stacji panował rozgardiasz. Wszędzie jeńcy ranni, biwakujący żołnierze. A po swoim powrocie z pola bitwy jabłonieckiej dodaje: „Tego samego dnia po popołudniu, wracając z pola bitwy ujrzałem ją po raz czwarty – wówczas biała tablica z czarnymi literami oznaczała już węgierską historięTo prawda, Molnar podczas pobytu w Limanowej w grudniu 1914, ale też podczas późniejszych spotkań z żołnierzami batalii limanowskiej starał się wyłuskiwać każdy fakt gloryfikujący wyczyny oręża węgierskiego. Ale ta wizyta była również czasem metamorfozy pana literata z Budapesztu: Szedłem pod górę między leżącymi poległymi. Na początku jakoś tam było. Do tego stopnia nie znam ludu rosyjskiego, że te obce mi twarze z jasnymi brodami i te obce mundury, obce grymasy robiły na mnie wrażenie, jakby nie były to trupy, lecz tylko Moskale... Gdy jeszcze byłem między nimi, wspinanie się pod górę szło mi jako tako. Lecz gdy pierwszy szaroniebieski trup popatrzył na mnie z ziemi, skończyło się oglądanie wspaniałego widowiska wojny przez pana literata... A po powrocie do pociągu na stacji zanotuje: „Byliśmy głodni i zmęczeni. Ja też usiadłem ze swoją menażką. Założyłem nogę na nogę – i nagle spostrzegłem plamę krwi na czubku buta. Tak się pilnowałem tam, na górze, gdzie musieliśmy chodzić wśród trupów jednak… Jedna z najgorszych chwil w moim trzydziestosześcioletnim życiu. Robota, którą teraz wykonuję, wydała mi się czymś potwornym, (…). Ciemna krew, zapewne tego huzara, obok którego przechodziłem z zamkniętymi oczyma. Dookoła mnie ludzie jedzą z apetytem. Odstawiam jedzenie i idę się przejść. (...). Dochodzę do lokomotywy i widzę, że jakiś oficer myje ręce, a maszynista puszcza mu ostrożne ciepłą wodę. Poczekałem, aż odszedł, a potem długo trzymałem nogę pod kranem; poprosiłem o cieplejszą wodę. Aż zaczęła mnie parzyć, podtrzymałem i drugi (but - przyp. autora tekstu), żeby maszynista myślał, że zmywam błoto. (…) Z wagonu za lokomotywą gapi się na mnie koński łeb. To koń pułkownika Muhra, ordynans zabiera go do Sopronu; pułkownik poległ na wzgórzu, trafiony serią z karabinu maszynowego. Przed wagonem stoi fotograf, zdejmuje dwa konie i stojącego miedzy nimi ordynansa. Jeśli chcę uprawiać ten zawód, muszę się jeszcze przyzwyczaić do wieli rzeczy.
            Kolejna wizyta miała miejsce w styczniu 1915 roku. Już częściowo opadły emocje po bitwie, ale nie w sercu naszego literata. To podczas tej wizyty powstaje najpiękniejszy tekst marketingowy dotyczący Limanowej, a jednocześnie autor umiejscawia nasze miasto na mapie historycznej Węgier: „I oto moja wędrówka zawiodła mnie tu po raz piąty. Limanowa jest teraz spokojna, wszystko pokrywa biel: (...). Człowiek długo patrzy na tablicę na budynku stacji: LIMANOWA. Cisza, spokój śnieżnego popołudnia, choćby pół godziny można się gapić na tę dziwną, a zarazem ładną nazwę. Nazwę przypominającą włoską lub łacińską. Czytanie takich tablic na stacjach ma szczególny urok. Człowiek nie może oderwać od niej oczu, jak to ona od tego czasu stała się wielka. Trzeba ciągle na nią patrzeć i ciągle, ciągle czytać. Znałem ją jeszcze jak była mała stacyjką. Wówczas była Limanowa, zwykłą Limanową. Znudzony długą podróżą człowiek zwykł był pytać – „Gdzie jesteśmy?”- „Limanowa?” – „Jak długo postoimy?” Teraz pełna jest nabożności: LIMANOWA. Czy uwierzyłby malarz szyldów, umieszczając na nim ową nazwę? Ładne, duże, równe litery. Kiedyś, później, gdy znów będzie lato (…) wówczas zatrzyma się tu pociąg, a z okna wychylą się pogodni ludzie i przeczytają ten napis, (…). Ciche pobrzękiwanie dzwonka, mały kwietny ogród zawiadowcy, kolorowe parasolki przeciwsłoneczne na wzgórzu, na tym właśnie wzgórzu … a na zielonym polu jakiś oficer huzarów spaceruje w letnim słońcu pod rękę z żoną wskazując w kierunku lasu, gdzieniegdzie długie, czarne welony …  pociąg pośpieszny stoi w letnim upale, a pasażerowie powtarzają, Limanowa, Limanowa …
 Ich wzrok, jak teraz nasz, natknie się na tę tablicę: LIMANOWA.
Wieloznaczne słowo, pełna bogactwa nazwa. Ileż słów węgierskich bierze początek od tych ośmiu liter, ile artykułów, książek, przemówień, rozmów, wspomnień, westchnień i dumy.
            Wielka wizja Molnara, że Limanowa będzie miejscem węgierskiej pamięci narodowej, odwiedzanej przez rzesze  rodaków została poddana próbie już w czerwcu 1915. Autor odwiedził Limanową pędząc automobilem do oswabadzanego Przemyśla. Widząc po połowie roku od bitwy limanowskiej praktycznie w większości zrekultywowany teren pobitewny i konfrontując ten widok ze swoimi wcześniejszymi wizjami napisze: „Na szczycie wzgórza przerzedzona brzezina. „Birkenwäldchen”, setki razy wymieniana w wojennych komunikatach huzarska Golgota. Jakże jest teraz spokojna, piękna, obojętna. Na drodze kury. Rumiane polskie dzieci przekrzykują się nawzajem, a drogą w ostrym słońcu spaceruje dama z zielona parasolką. (…) Daremnie wytężam wzrok, ani w zbożu, ani na pastwiskach nie widać śladów okopów. To szybkie zabliźnianie ran, zielone zarastanie, ta niepohamowana żywotność wszelkich roślin – (…) - wszystko to wygląda, jak gdyby było jasno wyrażoną wolą natury: nic co nie jest jej dziełem, nie może być trwałe. W mojej duszy, wypełnionej wspomnieniami, budzi się protest, pamięć staje się buntem, bo lucerna, brzozy, galicyjska glina w ciągu pół roku zapomniały o wszystkim, zakopane ciała obracają się w proch. (…). Nigdy się nie zgodzę, aby była to po prostu „okolica”, czy „pejzaż”. (…) Dla mnie na zawsze pozostanie tu zimowe błoto, krew będzie się zlewać ze śniegową breją, twarzą do ziemi, pozbawieni czapek, wciąż leżeć będą tu węgierscy huzarzy (…). Molnarprzeżywał ten przejazd przez Limanową i jeszcze na odpoczynku w Nowym Sączu pisał: „Rodzina pułkownika Muhra otrzymała węgierski tytuł szlachecki z przydomkiem „limanowski”. Niegdyś szlachectwo nadawano wraz z majątkiem. Dlaczego więc nie przekażą im maleńkiego kawałka tej brzeziny z okopem, z którego rosyjski karabin maszynowy namalował kolię z czerwonych pereł na piersi pułkownika? Niech dadzą im tylko ten skrawek ziemi. Niech dadzą rodzinom poległych mały odcinek okopu w miejscu gdzie zginęli, by zamienić go na ogród pełen kwiatów – albo niech pozostanie tak jak było.”
            Ferenc Molnar rozsławił swoimi korespondencjami małą mieścinę galicyjską na salonach wielkiego świata. Ale też marzył, aby o Limanowej pamiętały całe Węgry, a Jabłoniec stał się miejscem pielgrzymowania tego narodu. Wydaje mi się, że jego wizje, a w szczególności słynne:   „Nigdy się nie zgodzę, aby była to po prostu „okolica”, czy „pejzaż”” stało się swoistym testamentem autora dla Limanowej. To od nas zależy, w imię pamięci o Węgrach, o promującym nasze miasto Molnarze, aby Jabłoniec nie był po prostu „pejzażem”, a co gorsza wysypiskiem śmieci, zabytkową ruiną, miejscem piknikowym, celem wagarowiczów. W przeszłości nie było źle. Podobno w latach siedemdziesiątych na Jabłońcu był syn Muhra. Gdy zdawał relację z wizyty na Węgrzech, wszyscy zebrani płakali na wieść, że dbają tam o mogiły poległych jak o mogiły swoich własnych zmarłych. A dziś? Czytamy, na tym portalu, że „Jabłoniec popada w ruinę” i że „O turystach z Węgier nikt tu nie słyszał”. Warto może w przeddzień setnej rocznicy bitwy popatrzeć na te sprawy z perspektywy „Testamentu Molnara”  
 
Wszystkie cytaty za: Molnar Ferenc, „Galicja 1914 – 1915”, Wydawnictwo „MOST” 2011, str. 45, 48, 68-69, 187-188,
udostępnij
Komentarze (0)
Masz do nas sprawę? Skontaktuj sie z nami mailowo kontakt@limanowa.in